"CZY WIESZ JAKA TO OPOWIEŚĆ?". SPRAWDŹ ZNAJOMOŚĆ PRZECZYTANYCH KSIĄŻEK. KLASA 2
"CZY WIESZ JAKA TO OPOWIEŚĆ?". SPRAWDŹ ZNAJOMOŚĆ PRZECZYTANYCH KSIĄŻEK. KLASA 2
Dzisiaj przygotowałam dla uczniów klas drugich taki krótki mini sprawdzian ze znajomości przeczytanych książek pt. " Czy wiesz jaka to opowieść" z kanonu lektur klas 2.
Zamieściłam fragmenty z trzech książek, a Waszym zadaniem będzie odgadnięcie tytułu książki i autora, z której pochodzi dany tekst.
Myślę, że poradzicie sobie doskonale i wykażecie się dobrą znajomością przeczytanych książek. Powodzenia!
Fragment 1
"W lesie było mroczno, a wkrótce uczyniło się jeszcze mroczniej. Wierzchołki wysokich sosen uginały się od podmuchu silnego wiatru. Wielka czarna chmura wisiała nad lasem. Nagle niebo rozdarła błyskawica i zaraz potem uderzył ogłuszający piorun. Przerażony Koziołek zaczął uciekać. Zdawało mu się, że pioruny i błyskawice gonią go i już dopędza - tak bardzo huczało i błyskało. Wreszcie ogromna czarna chmura pękła, a z dziury w niebie lunął na ziemię deszcz. Całe potoki chłodnej wody polały się na Koziołka. Koziołek uciekał, uciekał ...
Dopadł wreszcie skraju lasu i skakał dalej po nieznajomej łące.
Mały uparciuch przemókł do suchej nitki, a deszcz nie ustawał. Kiedy już cała woda wylał sie z chmur i niebo trochę się przejaśniło, Koziołek zobaczył, że stoi na małej wysepce na środku jeziora. Wszystko dookoła znajdowało się pod woda.. Tylko tu i ówdzie sterczały czubki krzaków. Do suchego brzegu było daleko.
Koziołek nie umiał pływać. Nie pozostało mu nic innego, jak czekać, że ktoś go wyratuje.
Trzęsąc się z zimna, przykucnął i czekał. Wkrótce ujrzał znajomą świnkę - sąsiadkę.
Płynęła łódką po jeziorze.
- Ratuj mnie, świnko! Zabierz z tej wysepki do domu. Chcę do mamy! - błagał Koziołek.
- Mnie same jest ciasno - mruknęła świnka i kołysząc się po falach w swojej łódce, przepłynęła tuż przed nosem biednego Koziołka.
- Jak ci nie wstyd! ... A... A psik! - kichnął niespodziewanie Koziołek za oddalającą się świnką.
Jeszcze nie przeschnął - już zdążył przeziębić się i złapać katar.
Świnka odpłynęła, a Koziołek znów został sam.
W tym czasie pojawili się na brzegu jeziora leśni zbóje. Byli to dobrze wszystkim znani rabusie - wilk i wilczyca. Wiatr przywiał im do zbójeckiej jaskini zapach mokrej koziej sierści, ten zapach przyprowadził ich na skraj lasu.
Pierwsze, co ujrzeli, to było nowe jezioro, a na środku jeziora, na maleńkiej wysepce - malutki Koziołek.
- Już dawno nie czuliśmy smaku świeżego mięsa koźlego - warknął stary wilk.
- Słodki przysmak! - Wilczyca oblizała czarne wargi.
- Ale jak się do niego dostać? - zafrasował się stary wilk.
- Można by wpław, ale nie lubię kąpac się przed obiadem. To niezdrowo. - Wilczyca się skrzywiła.
- Wracajmy szybko do jaskini, zwołajmy naradę naszych braci. Koziołek przez ten czas nie ucieknie.
- Tak, woda nieprędko opadnie - powiedziała wilczyca.
Zbóje zawrócili do lasu, a nasz Koziołek, nie podejrzewając nic złego, w dalszym ciągu siedział skulony na wyspie.
- Chyba tu marnie zginę - myślał biedaczek, rozglądając się w trwodze na wszystkie strony. - Wkrótce noc zapadnie, a nikt nie przychodzi mnie ratować...."
Fragment 2
"W kiosku z gazetami siedzi pani Wiśniewska.
- Poproszę Misia - mówi Karolina i pani Wiśniewska podaje jej przez okienko Misia.
Ale to wcale nie jest taki "Miś", który wychodzi co dwa tygodnie, tylko taki, który musi wychodzić znacznie częściej... Kudłaty i podobny do niedźwiadka synek Balbiny, który mieszka teraz u pani Wiśniewskiej i codziennie od rana do wieczora siedzi razem z nią w kiosku.
A pod kioskiem czeka już na Misia Balbina i zaraz zaczyna go czytać. Tak, tak, - właśnie czytać! Balbina obwąchuje Misia ze wszystkich stron, i to jest właśnie psie czytanie.
Babcia tak mówi:
- Balbina czyta nosem,
że Miś jadł kluski z sosem,
że rano mleko pił ze spodka
i że po drodze pudla spotkał
Bardzo dokładnie przeczytała Balbina całego Misia i już wszystko o nim wie - gdzie był, co robił, co jadł.
- A teraz Balbina czyta już inne zapachy,. Idzie z nosem przy ziemi, najpierw wolno, wolniutko, niektóre miejsca omija, widocznie nie ma tam nic ciekawego, a potem nagle zaczyna biec.
Ciekawe, co ją tak zainteresowało?
Ciągnie Karolinę na smyczy i pędzi prosto przed siebie. A Miś oczywiście za nią. Z ulicy w bramę, z bramy na podwórze.
Oho! Kot siedzi na murze.
A Balbina skacze, szczeka, skowyczy i mało się nie zerwie ze smyczy. I Miś też szczeka.
Aż babcia usłyszała to szczekanie i wyjrzała przez okno.
- Co się tu dzieje?
No, tak! Kot uciekł i Karolina musi teraz babci opowiadać wszystko od początku.
- Balbina czyta nosem historyjkę o kocie. Najpierw po cichu ją czytała, a jak zobaczyła kota, to zaczęła czytać na głos. Strasznie głośno czytała, i Miś też.
- Co ty powiesz? - dziwi się babcia. - Taki mały, a już nauczył się czytać słowo "kot"?
- Nauczył się - przytakuje Karolina. - A ja bym wolała, żeby psy wszystkie historyjki o kotach czytały sobie raczej po cichu..."
"Przyszła jedna pani z córeczką. Mieszkają w sąsiednim bloku. Karolina zna je z widzenia. Strasznie eleganckie. Córeczka ma na imię Mariola, a ta pani nazywa się tak jakoś na "- ska". Przedstawiła się babci, ale niewyraźnie, więc Karolina usłyszała tylko koniec nazwiska. Na "ska" właśnie.
- My w sprawie pieska - powiedziała ta pani. - Mariola koniecznie chce mieć psa, a ja jej niczego nie odmawiam. Nie ma pani pojęcia, ile ona ma zabawek! Nawet żyrafę na tranzystorach mąż jej z zagranicy przywiózł. No, a ponieważ słyszałam, że są pieski do oddania...
- Owszem - powiedziała babcia i popatrzyła na Mariolę. - Dwa szczeniaki zostały już co prawda oddane, ale zostały jeszcze trzy. Dwa pieski i suczka Myszka.
- Wolałybyśmy pieska - zatrzepotała rzęsami ta pani i Karolina odetchnęła. Wcale nie chciała rozstawać się z Myszka, którą lubiła najbardziej ze wszystkich szczeniaków.
A czarny i brązowy skakały już dokoła Marioli...."
Fragment 3
"Biedak był z niego a biedak! Aby liche odzienie na grzbiecie, aby podarte skórzniaki na nogach, aby torba, a w niej kromka chleba - cały to jego majątek.
Od wsi do wsi wędrował i stare obuwie łatał. Szedł raz wielkim lasem, zobaczył pod sosną rozrzucone mrowisko. Musi niedźwiedź, który na wiosnę rad mrówcze jaja wyjada, taką im psotę uczynił.
Biedne mrówki biegały na wszystkie strony, znosiły po ziarnku piasku, po igiełce sosnowej i mrowisko na nowo narządzały.
Użalił się nad nimi , zdjął z głowy czapkę i jako mógł - to rozrzucone mrowisko na jedną kupę czapką zgarnął.
Wtedy na wierzchołek mrowiska wyszła mrówcowa matka i powiedziała:
- Dziękuję ci, dobry człowieku. Jak będziesz kiedy w potrzebie, to przyjdziemy ci z pomocą.
Uśmiechnął się szewczyk, bo jakąż pomoc mogłyby mu dać nędzne mrówki, pokłonił się im i poszedł w dalszą drogę.
Minęło dni mało - wiele. Szedł znów puszczą zieloną, puszczą szumiącą i znów zobaczył wielką krzywdę. W dziupli starej sosny była barć i ktoś tę barć zniszczył.
Plastry wosku leżały na ziemi, miód ściekał po drzewie.
Musi i tutaj niedźwiedź gospodarował.
Zaczął Dratewka pszczołom pomagać. Pownosił plastry na drzewo i w dziupli je umocował, woskiem otwór oblepił, miód ciekący zatamował.
Wyszła na brzeg braci pszczela królowa i powiedziała.
- Dziękujemy ci, dobry człowieku. Jak będziesz kiedy w potrzebie, to przyjdziemy ci z pomocą.
Znów się aby uśmiechnął, pokłonił się pszczołom i poszedł dalej.
Minęło dni mało - wiele. Szedł raz długą groblą między wielkimi stawami. Po stawach pływały dzikie kaczki. Jak Dratewkę zobaczyły, wielkim głosem zakwakały, po trzcinach się pochowały.
Wiedziały dzikie kaczki, że po grobli myśliwi chodzą, do kaczek mierzą, bystre strzały na nie z łuków wypuszczają.
Stanął szewczyk na grobli i zawołał:
- Nie bójcie się, cyraneczki! Nie chcę do was mierzyć, a chcę się waszą urodą ucieszyć. Nie chcę was zabijać, a chcę was chlebem uczęstować!
I zaczął chleb kruszyć i do wody go wrzucać. Wypłynęły kaczki z trzciny, wszystkie okruchy z wody wyzbierały i bardzo się tej smakowitości dziwiły, bo nigdy jeszcze chleba nie jadły.
Aż najstarszy kaczor, piękny, z modrym lusterkiem na skrzydłach powiada:
- Dziękujemy ci, dobry człowieku, żeś nie przyszedł nas mordować, aleś przyszedł nas uczęstować. Jak będziesz kiedy w potrzebie, to przybędziemy ci z pomocą.
Uśmiechnął się i pomyślał:
"Jakąż ja mogę mieć z was pomoc? Przyszwy za mnie nie przyszyjecie, obcaska za mnie nie przybijecie". Ale ładnie, pięknie im się ukłonił i poszedł dalej.
Idzie, idzie... aż zszedł do takiej krainy, gdzie był zamek, a przy zamku wieża, a w tej wieży zamknięta była panna, a tej panny pilnowała czarownica.
Koło zamku ludzie stoją i tak sobie rozmawiają:
- Kto by się z tą panną ożenił, toby ją z niewoli czarownicy wybawił.
- Ale tylko ten się z nią może ożenić, kto dwie roboty odrobi i zagadkę odgadnie.
- To może ja bym spróbował...
- Nie wyrywaj się głupi! Życie ci niemiłe? Kto pójdzie na ochotnika, a nie zrobi, to temu czarownica głowę urywa.
- Ale może ja bym spróbował
- Nie tacy, jak ty, tu próbowali. Rycerze przyjeżdżali i królewicze, i książęta. Nikt nie potrafił tych robót zrobić, tej zagadki odgadnąć. Nikomu czarownica nie darowała, wszystkim pourywała głowy!
- A ja pójdę i spróbuję.
I szewczyk zastukał do bramy zamku.
Wyszła zaraz czarownica i pyta się:
Czyś ty człowiek?
Czyś ty zwierz?
Czemu pukasz? Czego chcesz?
- Chcę się z tą panną, co siedzi na wieży, ożenić.
Jak zrobisz niedługo
robotę pierwszą i drugą,
a potem składnie
zagadkę odgadniesz,
to się ożenisz.
- Ano, popróbuję -
Tak czarownica wpuściła go na zamek, zaprowadziła do komnaty, co się na siedmioro drzwi zamykała, co w oknie żelazną kratę miała, i powiedziała:
Masz tu piasku z makiem korzec.
Przebierz, zanim błysną zorze.
Jak nie zrobisz
do poranku,
to ci, panku,
urwę głowę,
i gotowe!
I czarownica wyszła, i szewczyka w komnacie na siedmioro drzwi zamknęła.
"Tylachny wór przebrać! Piasek osobno... mak osobno...
Toż tu roboty jest na rok, od wiosny do wiosny, a ona mi każe do świtania to zrobić!
- Wtem słyszy... za oknem po ścianie coś szura. Nabliża sie ten szmer do okna, nabliża... i przez żelazną kratę zaczynają do izby wbiegać mrówki. Tysiące i tysiące ...mnogość nieprzeliczona!
- Skoczył, mak z piaskiem z wora na podłogę wysypał. A mrówki, jak się do roboty nie wzięły, jak zaczęły zwijać się, a jedna druga poganiać, a ziarenka nosić - mak na prawo, piasek na lewo... Do północka wszystko przebrały.
Znów po ścianie zaszurało ... Mrówki przez kratę przelazły i w las poszły...."
"W kiosku z gazetami siedzi pani Wiśniewska.
- Poproszę Misia - mówi Karolina i pani Wiśniewska podaje jej przez okienko Misia.
Ale to wcale nie jest taki "Miś", który wychodzi co dwa tygodnie, tylko taki, który musi wychodzić znacznie częściej... Kudłaty i podobny do niedźwiadka synek Balbiny, który mieszka teraz u pani Wiśniewskiej i codziennie od rana do wieczora siedzi razem z nią w kiosku.
A pod kioskiem czeka już na Misia Balbina i zaraz zaczyna go czytać. Tak, tak, - właśnie czytać! Balbina obwąchuje Misia ze wszystkich stron, i to jest właśnie psie czytanie.
Babcia tak mówi:
- Balbina czyta nosem,
że Miś jadł kluski z sosem,
że rano mleko pił ze spodka
i że po drodze pudla spotkał
Bardzo dokładnie przeczytała Balbina całego Misia i już wszystko o nim wie - gdzie był, co robił, co jadł.
- A teraz Balbina czyta już inne zapachy,. Idzie z nosem przy ziemi, najpierw wolno, wolniutko, niektóre miejsca omija, widocznie nie ma tam nic ciekawego, a potem nagle zaczyna biec.
Ciekawe, co ją tak zainteresowało?
Ciągnie Karolinę na smyczy i pędzi prosto przed siebie. A Miś oczywiście za nią. Z ulicy w bramę, z bramy na podwórze.
Oho! Kot siedzi na murze.
A Balbina skacze, szczeka, skowyczy i mało się nie zerwie ze smyczy. I Miś też szczeka.
Aż babcia usłyszała to szczekanie i wyjrzała przez okno.
- Co się tu dzieje?
No, tak! Kot uciekł i Karolina musi teraz babci opowiadać wszystko od początku.
- Balbina czyta nosem historyjkę o kocie. Najpierw po cichu ją czytała, a jak zobaczyła kota, to zaczęła czytać na głos. Strasznie głośno czytała, i Miś też.
- Co ty powiesz? - dziwi się babcia. - Taki mały, a już nauczył się czytać słowo "kot"?
- Nauczył się - przytakuje Karolina. - A ja bym wolała, żeby psy wszystkie historyjki o kotach czytały sobie raczej po cichu..."
"Przyszła jedna pani z córeczką. Mieszkają w sąsiednim bloku. Karolina zna je z widzenia. Strasznie eleganckie. Córeczka ma na imię Mariola, a ta pani nazywa się tak jakoś na "- ska". Przedstawiła się babci, ale niewyraźnie, więc Karolina usłyszała tylko koniec nazwiska. Na "ska" właśnie.
- My w sprawie pieska - powiedziała ta pani. - Mariola koniecznie chce mieć psa, a ja jej niczego nie odmawiam. Nie ma pani pojęcia, ile ona ma zabawek! Nawet żyrafę na tranzystorach mąż jej z zagranicy przywiózł. No, a ponieważ słyszałam, że są pieski do oddania...
- Owszem - powiedziała babcia i popatrzyła na Mariolę. - Dwa szczeniaki zostały już co prawda oddane, ale zostały jeszcze trzy. Dwa pieski i suczka Myszka.
- Wolałybyśmy pieska - zatrzepotała rzęsami ta pani i Karolina odetchnęła. Wcale nie chciała rozstawać się z Myszka, którą lubiła najbardziej ze wszystkich szczeniaków.
A czarny i brązowy skakały już dokoła Marioli...."
Fragment 3
"Biedak był z niego a biedak! Aby liche odzienie na grzbiecie, aby podarte skórzniaki na nogach, aby torba, a w niej kromka chleba - cały to jego majątek.
Od wsi do wsi wędrował i stare obuwie łatał. Szedł raz wielkim lasem, zobaczył pod sosną rozrzucone mrowisko. Musi niedźwiedź, który na wiosnę rad mrówcze jaja wyjada, taką im psotę uczynił.
Biedne mrówki biegały na wszystkie strony, znosiły po ziarnku piasku, po igiełce sosnowej i mrowisko na nowo narządzały.
Użalił się nad nimi , zdjął z głowy czapkę i jako mógł - to rozrzucone mrowisko na jedną kupę czapką zgarnął.
Wtedy na wierzchołek mrowiska wyszła mrówcowa matka i powiedziała:
- Dziękuję ci, dobry człowieku. Jak będziesz kiedy w potrzebie, to przyjdziemy ci z pomocą.
Uśmiechnął się szewczyk, bo jakąż pomoc mogłyby mu dać nędzne mrówki, pokłonił się im i poszedł w dalszą drogę.
Minęło dni mało - wiele. Szedł znów puszczą zieloną, puszczą szumiącą i znów zobaczył wielką krzywdę. W dziupli starej sosny była barć i ktoś tę barć zniszczył.
Plastry wosku leżały na ziemi, miód ściekał po drzewie.
Musi i tutaj niedźwiedź gospodarował.
Zaczął Dratewka pszczołom pomagać. Pownosił plastry na drzewo i w dziupli je umocował, woskiem otwór oblepił, miód ciekący zatamował.
Wyszła na brzeg braci pszczela królowa i powiedziała.
- Dziękujemy ci, dobry człowieku. Jak będziesz kiedy w potrzebie, to przyjdziemy ci z pomocą.
Znów się aby uśmiechnął, pokłonił się pszczołom i poszedł dalej.
Minęło dni mało - wiele. Szedł raz długą groblą między wielkimi stawami. Po stawach pływały dzikie kaczki. Jak Dratewkę zobaczyły, wielkim głosem zakwakały, po trzcinach się pochowały.
Wiedziały dzikie kaczki, że po grobli myśliwi chodzą, do kaczek mierzą, bystre strzały na nie z łuków wypuszczają.
Stanął szewczyk na grobli i zawołał:
- Nie bójcie się, cyraneczki! Nie chcę do was mierzyć, a chcę się waszą urodą ucieszyć. Nie chcę was zabijać, a chcę was chlebem uczęstować!
I zaczął chleb kruszyć i do wody go wrzucać. Wypłynęły kaczki z trzciny, wszystkie okruchy z wody wyzbierały i bardzo się tej smakowitości dziwiły, bo nigdy jeszcze chleba nie jadły.
Aż najstarszy kaczor, piękny, z modrym lusterkiem na skrzydłach powiada:
- Dziękujemy ci, dobry człowieku, żeś nie przyszedł nas mordować, aleś przyszedł nas uczęstować. Jak będziesz kiedy w potrzebie, to przybędziemy ci z pomocą.
Uśmiechnął się i pomyślał:
"Jakąż ja mogę mieć z was pomoc? Przyszwy za mnie nie przyszyjecie, obcaska za mnie nie przybijecie". Ale ładnie, pięknie im się ukłonił i poszedł dalej.
Idzie, idzie... aż zszedł do takiej krainy, gdzie był zamek, a przy zamku wieża, a w tej wieży zamknięta była panna, a tej panny pilnowała czarownica.
Koło zamku ludzie stoją i tak sobie rozmawiają:
- Kto by się z tą panną ożenił, toby ją z niewoli czarownicy wybawił.
- Ale tylko ten się z nią może ożenić, kto dwie roboty odrobi i zagadkę odgadnie.
- To może ja bym spróbował...
- Nie wyrywaj się głupi! Życie ci niemiłe? Kto pójdzie na ochotnika, a nie zrobi, to temu czarownica głowę urywa.
- Ale może ja bym spróbował
- Nie tacy, jak ty, tu próbowali. Rycerze przyjeżdżali i królewicze, i książęta. Nikt nie potrafił tych robót zrobić, tej zagadki odgadnąć. Nikomu czarownica nie darowała, wszystkim pourywała głowy!
- A ja pójdę i spróbuję.
I szewczyk zastukał do bramy zamku.
Wyszła zaraz czarownica i pyta się:
Czyś ty człowiek?
Czyś ty zwierz?
Czemu pukasz? Czego chcesz?
- Chcę się z tą panną, co siedzi na wieży, ożenić.
Jak zrobisz niedługo
robotę pierwszą i drugą,
a potem składnie
zagadkę odgadniesz,
to się ożenisz.
- Ano, popróbuję -
Tak czarownica wpuściła go na zamek, zaprowadziła do komnaty, co się na siedmioro drzwi zamykała, co w oknie żelazną kratę miała, i powiedziała:
Masz tu piasku z makiem korzec.
Przebierz, zanim błysną zorze.
Jak nie zrobisz
do poranku,
to ci, panku,
urwę głowę,
i gotowe!
I czarownica wyszła, i szewczyka w komnacie na siedmioro drzwi zamknęła.
"Tylachny wór przebrać! Piasek osobno... mak osobno...
Toż tu roboty jest na rok, od wiosny do wiosny, a ona mi każe do świtania to zrobić!
- Wtem słyszy... za oknem po ścianie coś szura. Nabliża sie ten szmer do okna, nabliża... i przez żelazną kratę zaczynają do izby wbiegać mrówki. Tysiące i tysiące ...mnogość nieprzeliczona!
- Skoczył, mak z piaskiem z wora na podłogę wysypał. A mrówki, jak się do roboty nie wzięły, jak zaczęły zwijać się, a jedna druga poganiać, a ziarenka nosić - mak na prawo, piasek na lewo... Do północka wszystko przebrały.
Znów po ścianie zaszurało ... Mrówki przez kratę przelazły i w las poszły...."

Komentarze
Prześlij komentarz