"CZY WIESZ JAKA TO OPOWIEŚĆ?" - SPRAWDŹ SWOJĄ ZNAJOMOŚĆ PRZECZYTANYCH KSIĄŻEK .KLASA 3
Dzisiaj przygotowałam dla uczniów klas 3 mini sprawdzian ze znajomości przeczytanych książek. Zamieściłam fragmenty z trzech książek, a Waszym zadaniem będzie odgadnięcie tytułu książki i autora, z której pochodzi dany tekst. Myślę, że poradzicie sobie z tym doskonale i wykażecie się dobrą znajomością treści przeczytanych książek.
Powodzenia!
Fragment 1
"Wesoło jest, gdy nadchodzi lato. Wszystko jest wesołe, począwszy od tego, że kończą się lekcje w szkole. Ja dopiero jeden raz byłam egzaminowana. Wesoło zrobiło się już na dzień przed egzaminami. Tego dnia pięknie przybraliśmy naszą klasę kwiatami i gałązkami. Wszyscy poszliśmy nałamać gałązek brzeziny i narwać kwiatów.
Do szkoły mamy daleko, bo nasza szkoła znajduje się w innej wiosce. Wioska ta nazywa się Wielka Wieś. U nas nie może być przecież osobnej szkoły tylko dla sześciorga dzieci. Gdy doszliśmy na miejsce, kwiaty zwiędły już trochę, chociaż niezupełnie. Ale jak włożyliśmy je do wody, zrobiły się znów ładne. Po obu stronach tablicy umieściliśmy szwedzkie chorągiewki, dokoła girlandę z gałązek brzozowych i wszędzie dużo kwiatów. W całej klasie pachniało prześlicznie. Gdy skończyliśmy przybieranie klasy, przećwiczyliśmy piosenki, które mieliśmy śpiewać na egzaminie: "Hej, wzywa cię blask słońca" i "Czy myślisz, że jestem zgubiony bez twej przychylności". Jedna dziewczynka, która nazywa się Ulla, śpiewała tak:"Czy myślisz, że jestem zgubiony przy tej sposobności". Myślała, że tak jest w piosence.
To doprawdy szczęście, że pani zdążyła jej powiedzieć, jakie naprawdę są słowa, i że śpiewała dobrze na na egzaminie!
Gdy wracaliśmy potem do domu, była przepiękna pogoda. My dzieci szłyśmy wszystkie razem, lecz nasz powrót do domu trwał bardzo długo. Lasse powiedział, że wolno nam iść tylko po kamieniach leżących na skraju drogi.
Potem bawiliśmy się w taką zabawę: że ten, kto będzie szedł po ziemi, a nie po kamieniach, będzie na niby martwy. W pewnej chwili Olle zaczął iść po ziemi, a wtedy Bosse krzyknął:
- Jesteś nieżywy!
- Wcale nie jestem nieżywy! - zawołał Olle. - Spójrzcie tylko jaki jestem żywy - i zaczął wymachiwać rękoma i wywijać nogami. Śmieliśmy się wszyscy z niego.
Potem szliśmy po potoku, a Lasse spytał:
- Kto to wymyślił, że można chodzić tylko po drodze, jak myślicie?
Britta odpowiedziała, że z pewnoscią musiał to wymyślić jakiś dorosły człowiek.
- Najprawdopodobniej - zgodził się z nią Lasse.
Szliśmy po potoku bardzo długo i było nam tak wesoło, że pomyślałam sobie, że już nigdy nie będę chodziła drogą. Jakiś staruszek nadjechał na wózku mleczarskim i zawołał:
- Cóż to za gawrony chodzą po ogrodzeniu?
Następnego dnia, gdy szliśmy na egzamin, nie mogliśmy już jednak iść po ogrodzeniu, gdyż byliśmy bardzo pięknie ubrani. Ja miałam nowiutką sukienkę w czerwone kropki, a Britta i Anna miały niebieskie sukienki z falbankami. Miałyśmy też nowe wstążki i nowe buciki.
Bardzo wielu rodziców siedziało w klasie i przysłuchiwało się egzaminom. Ja odpowiedziałam na wszystkie pytania, ale Bosse powiedział, że siedem razy siedem jest pięćdziesiąt sześć. Wówczas Lasse odwrócił się i spojrzał na niego tak srogo, że Bosse chciał się poprawić.
- Nie oczywiście, że nie - czterdzieści sześć.
Naprawdę to jest czterdzieści dziewieć, nawet ja to wiem, chociaż jeszcze nie zaczęliśmy się uczyć tabliczki mnożenia. Słyszałam jednak, jak mówiły to inne dzieci. Jest nas w całej szkole tylko dwadzieścia troje, wiec siedzimy wszyscy w jednej klasie.
Gdy odśpiewaliśmy wszystkie piosenki,jakie umieliśmy, i "Czas kwitnienia, co nadchodzi", pani powiedziała:
- Do widzenia, moje dzieci! Życzę wam bardzo wesołych wakacji!....."
Fragment 2
" Tak ni stąd, ni zowąd w ciągu roku przybyła do klasy nowa uczennica. Ewce, która siedziała w jednej ławce z Kasia, bardzo się ta nowa od razu spodobała.
- Patrzcie dziewczynki, jaka ona ładna i jaka ma kokardę!
- Wielkie rzeczy: kokarda - ostro powiedziała Kasia. - Ja też mam w domu kokardę, nawet dwie. Ewka zamilkła i niepewnie spojrzała na Kasię. Kasia jest bardzo dobrą uczennicą, więc pewnie ma rację, że kokarda to żadne "wielkie rzeczy". Chociaż ta nowa podobała się Ewce nie tylko z powodu kokardy; była taka ładna, rezolutnie patrzyła spod długich rzęs na wszystkie dzieci. - Ma brzydką sukienkę - zauważyła Kasia. - I pocerowaną.
Ewka potrząsnęła głową i odrzuciła na plecy dwa jasne warkoczyki spięte klamerkami w kształcie czerwonych biedronek. Westchnęła, bo miała wielką ochotę zaprzyjaźnić się z tą dziewczynką, ale jakoś nie śmiała powiedzieć o tym Kasi.
Tymczasem dzieci obskoczyły nową koleżankę; pytały jedno przez drugie:
- Jak się nazywasz?
- A gdzie mieszkasz?
- Kim jest twój tatuś? A mamusia?
- Będziesz się z nami bawić na pauzie?
Kasia była bardzo ciekawa, co dziewczynka odpowiada, ale nie podeszła do niej, tylko trzymała się z daleka. Ewka natomiast podbiegła do tamtej. Nie wytrzymała i podbiegła, chociaż jeszcze przedwczoraj zaklinała się, że będzie przyjaciółką Kasi - taką od serca i na całe życie...
Na znak przyjaźni wymieniły wtedy miedzy sobą zakładki do książek, uplecione z kolorowych wąskich wstążeczek na lekcji robót.
No i proszę, a teraz co ta Ewka wyrabia? Nawet nie spojrzy na Kasie,tylko gada i gada z tą nową. Inne dzieci tak samo.
Wreszcie Ewka wróciła na miejsce, zaróżowiona, podniecona.
- Wiesz co? Umówiłam się, że na pauzie będziemy razem skakać przez skakankę, po kolei. Ona będzie z nami...
- Pewnie wcale nie potrafi! burknęła Kasia.
- Ależ umie, powiedziała, że umie skakać - zapewniła Ewka gorąco. -A wiesz, kim jest jej tatuś?
- Ewka aż zachłysnęła się z zachwytu. - Nigdy, nigdy byś nie zgadła!
- No? - niespokojnie zapytała Kasia.
- Strażakiem - powiedziała powoli Ewka, śledząc z uwagą, jakie też ta wiadomość zrobi na Kasi wrażenie. - Jest strażakiem i ma błyszczący hełm, i po drabinie umie się wspinać, takiej rozkładanej. Jak się dom zapali, to ojciec Antolki ...
- Co? przerwała Kasia. - Jakiej Antolki?
- No, tej nowej; ona się nazywa Antolka. Jej tatuś ratuje ludzi!
- Wielkie rze... - zaczęła Kasia, ale w porę ugryzła sie w język. Popatrzyła tylko z zazdrością na Antolkę.
- Antolka siedziała koło Wisi i tak śmiesznie jakoś, niezgrabnie wstała, gdy pani weszła na lekcje do klasy, że zrzuciła swój zeszyt na podłogę. Kasia parsknęła śmiechem. Antolka obejrzała się na nią, zagryzła wargi i poczerwieniała. Potem podniosła zeszyt i położyła go na ławce..."
Fragment 3
" Pewnego poranka,wychodząc z namiotu, nie poznałem osady - wszystko było białe! Śnieg!
Eskimosi zaczęli pospiesznie zbierać się do wymarszu do swej osady zimowej. Zwinęli namioty, powiązali skóry w duże tłumoki. Część mięsa i ryb zostawili na miejscu, pod kamieniami, jak w dobrze wietrzonej spiżarni. Cały dobytek podzielili tak, że każdy z mieszkańców miał coś do niesienia, nawet starsze dzieci obładowano bagażami.
Psy musiały też pracować. Nie ciągnęły one wózków, bo tych Eskimosi nie znają, a na sanki było jeszcze za mało śniegu. Po prostu przywiązano im do grzbietów duże tłumoczki .
Nie bardzo to zwierzęta lubią, ale musiały pogodzić się ze swoim losem i niebawem, wesoło machając ogonami i szczekając, aż uszy puchły od tego hałasu wyruszyły za ludźmi. Przed odjazdem Anaruk nałożył im butki uszyte przez matkę z miękkiej skórki foki, żeby nie poraniły sobie łap o ostre kamienie i odłamki lodu.
Po dwóch dniach podróży po falistej, ubielonej śniegiem równinie doszliśmy wreszcie do miejsca, gdzie mieliśmy spędzić całą długą, mroźną zimę.
Zima jest tutaj przykrzejsza, że przez całe cztery miesiące bez przerwy trwa ciemność. Słońce nie ukazuje się wcale. Dopiero w marcu pojawia się co dzień na chwile tuż nad horyzontem. Wtedy we wszystkich ludzkich osiedlach na Dalekiej Północy panuje radość.
Mróz, burze śnieżne, męczące wichry - wszystko idzie w zapomnienie. Wraz ze słońcem nadchodzi czas letnich łowów. W maju rozpoczyna się dzień polarny i trwa bez przerwy przez pięć miesięcy. Słońce wtedy wcale nie zachodzi.
Obecnie musieliśmy przygotować dobre schronienie przed mrozem, śnieżycą i wiatrami.
Eskimosi szerokimi nożami z kości wieloryba lub rena wycinali wielkie bloki stwardniałego śniegu i ustawiali z nich domek podobny z kształtu do kopca z jednym małym wejściem tuż przy ziemi. Wszystkie szpary zalepiali śniegiem i dobrze ubijali. Robota szła im szybko i sprawnie; przy mnie takie igloo na pięć osób wybudowali w niecałą godzinę. Do środka wpełzało się na czworakach, a otwór zasuwaliśmy dużym blokiem śniegu.
W igloo jest zupełnie ciemno, bo nie ma okna. Pierwszą rzeczą jest więc zapalenie lampy, którą wiesza się na harpunie wbitym w ścianę ze śniegu.
Samo rozpalenie ognia nie jest wcale łatwą sprawą. My używamy zapałek, nasi przodkowie rozpalali ogień, cierpliwie trąc o siebie dwa kawałki dobrze suchego drzewa.
Na Grenlandii trzeba tak długo krzesać kamień o kamień, aż wyskoczy iskra i zajmie się przepojony tłuszczem knot z mchu. A jak to trudno zrobić, wie tylko ten, co sam próbował.
Może się to komuś wydać dziwne, że w śnieżnym domku jest gorąco. Igloo jest niskie, cokolwiek tylko wyższe od człowieka, a ścianki ma bardzo szczelne, bez otworów i bez szpar, którymi mogłoby uciekać powietrze nagrzane przez płomień lampki i ciała ludzkie. Czasem upał staje się nie do wytrzymania. Podczas wielkich mrozów ognisko - lampa pali się bez przerwy dzień i noc, a otwór wejściowy jest przez kilka dni z rzędu zatarasowany, tak że nie ma dopływu świeżego powietrza - wtedy śnieżne mury topnieją od wewnątrz, powlekają szklistą pokrywą i na głowy zaczyna zewsząd kapać woda. Bardzo to jest nieprzyjemne. Za przykładem Eskimosów rozwieszałem sobie nad głową skóry, ale to niewiele pomagało. Pod koniec zimy w ciepłym domku robi się coraz chłodniej i chłodniej, bo topniejące mury są coraz to cieńsze, zlodowaciałe i już nie chronią przed mrozem. "
Fragment 1
"Wesoło jest, gdy nadchodzi lato. Wszystko jest wesołe, począwszy od tego, że kończą się lekcje w szkole. Ja dopiero jeden raz byłam egzaminowana. Wesoło zrobiło się już na dzień przed egzaminami. Tego dnia pięknie przybraliśmy naszą klasę kwiatami i gałązkami. Wszyscy poszliśmy nałamać gałązek brzeziny i narwać kwiatów.
Do szkoły mamy daleko, bo nasza szkoła znajduje się w innej wiosce. Wioska ta nazywa się Wielka Wieś. U nas nie może być przecież osobnej szkoły tylko dla sześciorga dzieci. Gdy doszliśmy na miejsce, kwiaty zwiędły już trochę, chociaż niezupełnie. Ale jak włożyliśmy je do wody, zrobiły się znów ładne. Po obu stronach tablicy umieściliśmy szwedzkie chorągiewki, dokoła girlandę z gałązek brzozowych i wszędzie dużo kwiatów. W całej klasie pachniało prześlicznie. Gdy skończyliśmy przybieranie klasy, przećwiczyliśmy piosenki, które mieliśmy śpiewać na egzaminie: "Hej, wzywa cię blask słońca" i "Czy myślisz, że jestem zgubiony bez twej przychylności". Jedna dziewczynka, która nazywa się Ulla, śpiewała tak:"Czy myślisz, że jestem zgubiony przy tej sposobności". Myślała, że tak jest w piosence.
To doprawdy szczęście, że pani zdążyła jej powiedzieć, jakie naprawdę są słowa, i że śpiewała dobrze na na egzaminie!
Gdy wracaliśmy potem do domu, była przepiękna pogoda. My dzieci szłyśmy wszystkie razem, lecz nasz powrót do domu trwał bardzo długo. Lasse powiedział, że wolno nam iść tylko po kamieniach leżących na skraju drogi.
Potem bawiliśmy się w taką zabawę: że ten, kto będzie szedł po ziemi, a nie po kamieniach, będzie na niby martwy. W pewnej chwili Olle zaczął iść po ziemi, a wtedy Bosse krzyknął:
- Jesteś nieżywy!
- Wcale nie jestem nieżywy! - zawołał Olle. - Spójrzcie tylko jaki jestem żywy - i zaczął wymachiwać rękoma i wywijać nogami. Śmieliśmy się wszyscy z niego.
Potem szliśmy po potoku, a Lasse spytał:
- Kto to wymyślił, że można chodzić tylko po drodze, jak myślicie?
Britta odpowiedziała, że z pewnoscią musiał to wymyślić jakiś dorosły człowiek.
- Najprawdopodobniej - zgodził się z nią Lasse.
Szliśmy po potoku bardzo długo i było nam tak wesoło, że pomyślałam sobie, że już nigdy nie będę chodziła drogą. Jakiś staruszek nadjechał na wózku mleczarskim i zawołał:
- Cóż to za gawrony chodzą po ogrodzeniu?
Następnego dnia, gdy szliśmy na egzamin, nie mogliśmy już jednak iść po ogrodzeniu, gdyż byliśmy bardzo pięknie ubrani. Ja miałam nowiutką sukienkę w czerwone kropki, a Britta i Anna miały niebieskie sukienki z falbankami. Miałyśmy też nowe wstążki i nowe buciki.
Bardzo wielu rodziców siedziało w klasie i przysłuchiwało się egzaminom. Ja odpowiedziałam na wszystkie pytania, ale Bosse powiedział, że siedem razy siedem jest pięćdziesiąt sześć. Wówczas Lasse odwrócił się i spojrzał na niego tak srogo, że Bosse chciał się poprawić.
- Nie oczywiście, że nie - czterdzieści sześć.
Naprawdę to jest czterdzieści dziewieć, nawet ja to wiem, chociaż jeszcze nie zaczęliśmy się uczyć tabliczki mnożenia. Słyszałam jednak, jak mówiły to inne dzieci. Jest nas w całej szkole tylko dwadzieścia troje, wiec siedzimy wszyscy w jednej klasie.
Gdy odśpiewaliśmy wszystkie piosenki,jakie umieliśmy, i "Czas kwitnienia, co nadchodzi", pani powiedziała:
- Do widzenia, moje dzieci! Życzę wam bardzo wesołych wakacji!....."
Fragment 2
" Tak ni stąd, ni zowąd w ciągu roku przybyła do klasy nowa uczennica. Ewce, która siedziała w jednej ławce z Kasia, bardzo się ta nowa od razu spodobała.
- Patrzcie dziewczynki, jaka ona ładna i jaka ma kokardę!
- Wielkie rzeczy: kokarda - ostro powiedziała Kasia. - Ja też mam w domu kokardę, nawet dwie. Ewka zamilkła i niepewnie spojrzała na Kasię. Kasia jest bardzo dobrą uczennicą, więc pewnie ma rację, że kokarda to żadne "wielkie rzeczy". Chociaż ta nowa podobała się Ewce nie tylko z powodu kokardy; była taka ładna, rezolutnie patrzyła spod długich rzęs na wszystkie dzieci. - Ma brzydką sukienkę - zauważyła Kasia. - I pocerowaną.
Ewka potrząsnęła głową i odrzuciła na plecy dwa jasne warkoczyki spięte klamerkami w kształcie czerwonych biedronek. Westchnęła, bo miała wielką ochotę zaprzyjaźnić się z tą dziewczynką, ale jakoś nie śmiała powiedzieć o tym Kasi.
Tymczasem dzieci obskoczyły nową koleżankę; pytały jedno przez drugie:
- Jak się nazywasz?
- A gdzie mieszkasz?
- Kim jest twój tatuś? A mamusia?
- Będziesz się z nami bawić na pauzie?
Kasia była bardzo ciekawa, co dziewczynka odpowiada, ale nie podeszła do niej, tylko trzymała się z daleka. Ewka natomiast podbiegła do tamtej. Nie wytrzymała i podbiegła, chociaż jeszcze przedwczoraj zaklinała się, że będzie przyjaciółką Kasi - taką od serca i na całe życie...
Na znak przyjaźni wymieniły wtedy miedzy sobą zakładki do książek, uplecione z kolorowych wąskich wstążeczek na lekcji robót.
No i proszę, a teraz co ta Ewka wyrabia? Nawet nie spojrzy na Kasie,tylko gada i gada z tą nową. Inne dzieci tak samo.
Wreszcie Ewka wróciła na miejsce, zaróżowiona, podniecona.
- Wiesz co? Umówiłam się, że na pauzie będziemy razem skakać przez skakankę, po kolei. Ona będzie z nami...
- Pewnie wcale nie potrafi! burknęła Kasia.
- Ależ umie, powiedziała, że umie skakać - zapewniła Ewka gorąco. -A wiesz, kim jest jej tatuś?
- Ewka aż zachłysnęła się z zachwytu. - Nigdy, nigdy byś nie zgadła!
- No? - niespokojnie zapytała Kasia.
- Strażakiem - powiedziała powoli Ewka, śledząc z uwagą, jakie też ta wiadomość zrobi na Kasi wrażenie. - Jest strażakiem i ma błyszczący hełm, i po drabinie umie się wspinać, takiej rozkładanej. Jak się dom zapali, to ojciec Antolki ...
- Co? przerwała Kasia. - Jakiej Antolki?
- No, tej nowej; ona się nazywa Antolka. Jej tatuś ratuje ludzi!
- Wielkie rze... - zaczęła Kasia, ale w porę ugryzła sie w język. Popatrzyła tylko z zazdrością na Antolkę.
- Antolka siedziała koło Wisi i tak śmiesznie jakoś, niezgrabnie wstała, gdy pani weszła na lekcje do klasy, że zrzuciła swój zeszyt na podłogę. Kasia parsknęła śmiechem. Antolka obejrzała się na nią, zagryzła wargi i poczerwieniała. Potem podniosła zeszyt i położyła go na ławce..."
Fragment 3
" Pewnego poranka,wychodząc z namiotu, nie poznałem osady - wszystko było białe! Śnieg!
Eskimosi zaczęli pospiesznie zbierać się do wymarszu do swej osady zimowej. Zwinęli namioty, powiązali skóry w duże tłumoki. Część mięsa i ryb zostawili na miejscu, pod kamieniami, jak w dobrze wietrzonej spiżarni. Cały dobytek podzielili tak, że każdy z mieszkańców miał coś do niesienia, nawet starsze dzieci obładowano bagażami.
Psy musiały też pracować. Nie ciągnęły one wózków, bo tych Eskimosi nie znają, a na sanki było jeszcze za mało śniegu. Po prostu przywiązano im do grzbietów duże tłumoczki .
Nie bardzo to zwierzęta lubią, ale musiały pogodzić się ze swoim losem i niebawem, wesoło machając ogonami i szczekając, aż uszy puchły od tego hałasu wyruszyły za ludźmi. Przed odjazdem Anaruk nałożył im butki uszyte przez matkę z miękkiej skórki foki, żeby nie poraniły sobie łap o ostre kamienie i odłamki lodu.
Po dwóch dniach podróży po falistej, ubielonej śniegiem równinie doszliśmy wreszcie do miejsca, gdzie mieliśmy spędzić całą długą, mroźną zimę.
Zima jest tutaj przykrzejsza, że przez całe cztery miesiące bez przerwy trwa ciemność. Słońce nie ukazuje się wcale. Dopiero w marcu pojawia się co dzień na chwile tuż nad horyzontem. Wtedy we wszystkich ludzkich osiedlach na Dalekiej Północy panuje radość.
Mróz, burze śnieżne, męczące wichry - wszystko idzie w zapomnienie. Wraz ze słońcem nadchodzi czas letnich łowów. W maju rozpoczyna się dzień polarny i trwa bez przerwy przez pięć miesięcy. Słońce wtedy wcale nie zachodzi.
Obecnie musieliśmy przygotować dobre schronienie przed mrozem, śnieżycą i wiatrami.
Eskimosi szerokimi nożami z kości wieloryba lub rena wycinali wielkie bloki stwardniałego śniegu i ustawiali z nich domek podobny z kształtu do kopca z jednym małym wejściem tuż przy ziemi. Wszystkie szpary zalepiali śniegiem i dobrze ubijali. Robota szła im szybko i sprawnie; przy mnie takie igloo na pięć osób wybudowali w niecałą godzinę. Do środka wpełzało się na czworakach, a otwór zasuwaliśmy dużym blokiem śniegu.
W igloo jest zupełnie ciemno, bo nie ma okna. Pierwszą rzeczą jest więc zapalenie lampy, którą wiesza się na harpunie wbitym w ścianę ze śniegu.
Samo rozpalenie ognia nie jest wcale łatwą sprawą. My używamy zapałek, nasi przodkowie rozpalali ogień, cierpliwie trąc o siebie dwa kawałki dobrze suchego drzewa.
Na Grenlandii trzeba tak długo krzesać kamień o kamień, aż wyskoczy iskra i zajmie się przepojony tłuszczem knot z mchu. A jak to trudno zrobić, wie tylko ten, co sam próbował.
Może się to komuś wydać dziwne, że w śnieżnym domku jest gorąco. Igloo jest niskie, cokolwiek tylko wyższe od człowieka, a ścianki ma bardzo szczelne, bez otworów i bez szpar, którymi mogłoby uciekać powietrze nagrzane przez płomień lampki i ciała ludzkie. Czasem upał staje się nie do wytrzymania. Podczas wielkich mrozów ognisko - lampa pali się bez przerwy dzień i noc, a otwór wejściowy jest przez kilka dni z rzędu zatarasowany, tak że nie ma dopływu świeżego powietrza - wtedy śnieżne mury topnieją od wewnątrz, powlekają szklistą pokrywą i na głowy zaczyna zewsząd kapać woda. Bardzo to jest nieprzyjemne. Za przykładem Eskimosów rozwieszałem sobie nad głową skóry, ale to niewiele pomagało. Pod koniec zimy w ciepłym domku robi się coraz chłodniej i chłodniej, bo topniejące mury są coraz to cieńsze, zlodowaciałe i już nie chronią przed mrozem. "

Komentarze
Prześlij komentarz